- TEGO szatana? - Spytała z niedowierzaniem Sonny. Chłopak niechętnie skinął głową. Nastała chwila niezręcznej ciszy.
- No cóż.. - Zaczęłam powoli. - To póki twój ojciec tutaj nie przyjdzie, nie mamy się czego bać - uśmiechnęłam się lekko. - Hej... Prawie każdy tutaj nie ma za ciekawej historii z rodzicami - położyłam mu rękę na ramieniu.
- Nie można sobie wybrać, gdzie się urodzi - poparła mnie Sonny. Pokiwałam tylko głową.
- Dobra. Chodźmy do miasta - zaproponowałam. Przez całą drogę do kawiarnii opowiadałyśmy na zmianę z przyjaciółką o akademii, zajęciach oraz nauczycielach, których warto unikać.
- Jak tylko zobaczysz faceta w przepasce na oko, spierniczaj tak szybko, jak możesz - Sonny pchnęła oszklone drzwi od kawianii. W progu przywitał nas cichy dzwonek. Na zewnątrz robiło się już cimno i zimno, więc z ulgą przywitałam ciepłe wnętrze.
- Zajmijcie jakieś miejsca - powiedziałam, rozpinając kurtkę. - Co chcecie?
- Nie mam nic przy sobie - Rin poklepał się po kieszeniach.
- Potem mi oddasz - machnęłam ręką. - Więc?
- Kawę. Czarną jak moja dusza - zachichotała Sonny, kierując się powoli do wolnego boksu.
- Zamówisz mi mleko? - Spytał Kuro, machając ogonami.
- Spoko - pogłaskałam kota po głowie. - Rin? Co dla ciebie?
Rin?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz